,,Szanuj wodę” po peruwiańsku. Jak się żyje bez bieżącej wody?

Nie ma wody na pustyni. Ale w 600-tysięcznym mieście? To wbrew pozorom wcale nie jednostkowa sytuacja, która wkrótce może spotkać również nas.

Ostatnimi czasy w Polsce nie brakowało pomysłów na kampanie przestrzegające przed marnowaniem wody. To już nie tylko ,,zakręcaj, jak myjesz zęby” (swoją drogę, skąd w nas potrzeba popełniania tego drobnego i zupełnie bezsensownego z praktycznej perspektywy grzeszku?), ale też ,,oszczędzaj na podlewaniu trawnika” czy ,,zbieraj deszczówkę”.

Potem jednak spadają pierwsze deszcze, podnosi się poziom wody w Wiśle, ulice spływają strugami i już nas ta susza ani ziębi, ani grzeje, byle do następnej wiosny. Zupełnie, jakbyśmy zapomnieli, że to przecież dwie strony tego samego medalu.

Szanuj wodę?

Dziś chciałabym opowiedzieć Wam o tym, jak nauczyłam się naprawdę szanować wodę. Nie – nie pomogły mi w tym zachęcające do tego plakaty, kampanie przedstawiające wizję świata rodem z Mad Maxa, czy książki, opisujące ziemię nie do życia. A więc co? Odpowiedź jest banalna – przełomem było doświadczenie empiryczne.

Bo braku też można przecież doświadczyć, i to bardzo dobitnie. Dla mnie był to siarczysty policzek, który uświadomił mnie, że bez stałego dostępu do wody, owszem, da się żyć, ale z ogromnym trudem.

Mad Max w wersji live

Przed oczami staje Wam już odcięta od świata afrykańska wioska? Nie, opowieść ta zaczyna się i kończy w Chiclayo, stolicy peruwiańskiego regionu Cambayeque. Mieście, liczbą ludności dorównującemu choćby Wrocławiowi.

Chiclayo wyrasta pośrodku półpustynnego pasa, który ciągnie się wzdłuż południowoamerykańskiego kontynentu, począwszy od Ekwadoru aż po południe Chile. Trudne warunki od tysięcy lat nie zniechęcały potencjalnych osadników – roi się tu od ruin pozostałym po preinkaskich cywilizacjach. Może dlatego, że rzut beretem stąd nad ocean, choć pozornie przeczy temu suche i gorące powietrze.

Chiclayo jest dużym miastem, do którego mało kto zagląda w celach turystycznych. My zatrzymaliśmy się tam w zasadzie z konieczności, na trasie do stolicy. Już na wjeździe zaskoczyła nas jego iście ,,madmaxowa” sceneria. Pył w powietrzu, suchość w gardle i ten wszędobylski dym. Szybko zdaliśmy sobie sprawę z tego, skąd się brał. Wzdłuż ulic palono małe ogniska; płonęły śmieci, głównie plastik, którego gryzące opary drażniły gardło.

(Gospodarka odpadami to w Ameryce Południowej problem systemowy, ale o tym innym razem. Uznajmy, że to nawiązanie miało tylko spotęgować efekt).

Fabryka babeczek bez bieżącej wody?

Swoim zwyczajem, znaleźliśmy nocleg u lokalsa. Dzielnica wyglądała na zwyczajną, z rzędami domków typowych dla klasy średniej. Nasz gospodarz zaoferował nam kanapę, kanapki i napój z czarnej kukurydzy (pyszny – jak zdrowa coca-cola!). Zaczął opowiadać o swoim biznesie, który właśnie rozkręca. Produkował alfajores, czyli charakterystyczne babeczki, które można zjeść praktycznie w całej Ameryce Łacińskiej.

Jutro, zanim wyjdę, napełnię wiadra. Spokojnie powinno wystarczyć do wieczora – powiedział.

Rozejrzeliśmy się po sobie. Jakie wiadra?

No, woda jest tylko rano i wieczorem – dodał, skonfundowany naszymi minami.

600 – tysięczne miasto o szerokich ulicach i przeuroczym rynku z piękną katedrą pośrodku. Suche jak pieprz.

Jak powiedział, tak zrobił. Gdy wstaliśmy następnego ranka, jego już nie było. Były za to wypełnione galony z wodą i wiadra, rozstawione po całej kuchni. Na próbę odkręciłam kurek kranu. Pojedyncza kropla rozwiała moje wątpliwości.

Problem w tym, że tamtego wieczora obiecaliśmy mu obiad. Szybko pożałowaliśmy, zdając sobie sprawę, że mierzymy się ze sporym wyzwaniem logistycznym. Zwłaszcza że umysły mieliśmy już lekko zamglone sprzedawanym w dwulitrowych butlach lekkim piwem, które wspaniale gasiło pragnienie w czterdziestostopniowym upale.

Mycie warzyw i owoców, obieranie, gotowanie, mycie rąk w międzyczasie i zmywanie naczyń. Zapasy wody kurczyły się naprawdę szybko. Nie wspominając nawet, że trzeba zostawić jeszcze parę galonów na spłukiwanie wody i inne niezbędne czynności. A teraz wyobraźcie sobie, że nasz gospodarz w takich warunkach prowadzi domową firmę, produkując słodycze na dość dużą skalę, i to z dość dużym sukcesem.

A może eksperyment?

Trudno mi wyobrazić sobie takie życie – nie na wsi, ze studnią i blisko strumyka, ale w betonowym mieście. Oczywiście, jesteśmy gatunkiem, którego umiejętności przystosowania się do nowych warunków są godne podziwu. Ale czy chcemy tak żyć?

Być może eksperyment, który Wam proponuję, nie jest zbyt dydaktyczny, a do tego nikt nie będzie miał ochoty się na niego skusić. Ale mimo to spróbuję, bo na mnie zadziałał. Polecam przez jeden dzień – najlepiej taki, który planujecie spędzić w domu – udawać, że bieżącej wody nie ma. Napełnić z rana kilka galonów i tak przetrwać do wieczora. Ustalić godzinę, o której jest ,,odcinana”, a jeśli się zaśpi – nie wziąć prysznica, bo wody nie ma. Gwarantuję, że zmienia to perspektywę i utrwala dobre nawyki.

Dodaj komentarz