Guerrilla gardening – jak działa partyzantka ogrodowa?

Squatting nie jest w dzisiejszym świecie niczym nowym. Guerilla gardening, mający z nim wiele wspólnego, również nie, choć wiele społeczeństw odkrywa go dopiero teraz. Jakie formy może przybierać ,,nielegalne ogrodnictwo” i czy rzeczywiście jest ono niezgodne z prawem?

Kiedy mieszkałam w Barcelonie, squaty szybko przestały mnie dziwić. W Polsce znałam ich zaledwie kilka – większość w przeciągu kilku następnych lat została zlikwidowana. W stolicy Katalonii, gdzie squatting jest czymś dość powszechnym i legalnym, te zajęte nieruchomości, a właściwie organizowane na ich terenie wspólnoty w żadnym razie nie były postrzegane jako coś szkodliwego. Zły image ,,marginesu” kompletnie się nie imał tamtejszych squattów – przeciwnie, zazwyczaj stanowiły wartość dodaną dla życia społecznego. Nic dziwnego – organizowano tam różnego rodzaju warsztaty, akcje i imprezy kulturalne. Wiele z nich na jeden dzień w tygodniu otwierało się całkowicie, przyjmując odwiedzających i opowiadając o tym, jak funkcjonuje ich wspólnota.

Tereny, którzy zajmowali tamci squatterzy, zazwyczaj były porzucone od co najmniej kilkudziesięciu lat; wiele z nich należało do miasta. Przejmując je, zazwyczaj w końcu przywracali je do porządku. Z niszczejących magazynów i kamienic na nowo stawały się przestrzeniami włączonymi w żywą tkankę miasta.

Guerilla gardening – kuzyn squattingu?

Guerilla gardening działa na podobnej zasadzie – z tym że członkowie ruchu przywracają do życia nie opuszczone budynki, a porzucone kawałki ziemi i ogarnięte betonozą centra miast. Często operują również w pustostanach na przedmieściach. Niektórzy z nich chcą po prostu upiększyć miasto w sposób, który uważają za najbardziej słuszny ze względów nie tyle estetycznych ile środowiskowych. Innym zależy na uprawę roślin jadalnych na poczet potrzeb społeczności.

Łączy ich jedno – chcą wyrwać duszącym się miastom skrawki, które wypełnią zielenią. I z tego powodu włodarze niekoniecznie za nimi przepadają. Nic dziwnego, skoro działają zgodnie z własnym planem. Niemniej, oczywiście od tej reguły można znaleźć wyjątki. Niedawno zrobiło się głośno o nieszablonowym projekcie rozwijanym w Rotterdamie. Władze miasta zaczęły zachęcać mieszańców do zazieleniania miasta na własną rękę. I to nie tylko we własnych ogrodach. Zaleca im się samowolkę – jak choćby usuwanie płyt chodnikowych w celu posadzenia kwiatów.

Holenderski progres

Czy przyszłością partyzantki ogrodowej jest właśnie tego rodzaju pokojowy konsensus? Możliwe, choć nie wszystkie kraje są tak postępowe jak Holandia ( która jest również prekursorem wprowadzania w Europie zrównoważonego modelu doughnut economy, o czym przeczytasz tutaj). W wielu tego rodzaju praktyki muszą być przeprowadzane pod osłoną nocy. W innym wypadku ogrodowym partyzantom mogłyby grozić dość nieprzyjemne konsekwencje. Czy grozi im postępowanie prawne? Tu wiele zależy od charakteru ich działań. Za wtargnięcie na teren prywatny, nawet porzucony od lat, mogą zostać aresztowani. Ale sadząc kwiatki na publicznym klombie? Szczerze wątpię, choć oczywiście nie twierdzę, że to niemożliwe. Równie dobrze jednak policja mogłaby karać przechodniów za każdy wyrzucony papierek, czego, jak doskonale wiecie, nie robi.

Reklama Rotterdamu, zachęcająca do ogrodowej ,,samowolki”.

Rośliny – wróg publiczny numer 1?

O tym, że rośliny najczęściej zawadzają w miejskiej przestrzeni, zdaje się być przekonana spora część osób, planujących jej zagospodarowanie (no offence, urban planerzy!). Choć zazielenianie jej jest obecnie w najlepszym tonie, często poświęca się istniejące już skrawki roślinności, by stworzyć nowe, idące w parze z planem. Oczywiście, nie można wkładać wszystkich tego rodzaju wyborów do jednego worka – zdarzają się przypadki, w których usunięcie starych drzew z alei jest konieczne z uwagi na niebezpieczeństwo, jakie generują. Wiele innych to z kolei czyste nadużycie.

Można grać w otwarte karty, próbując zapobiegać tego rodzaju posunięciom choćby za pośrednictwem petycji czy demonstracji. Ale też próbować odwracać straty pod osłoną nocy. Lub robić dwie rzeczy naraz!

Szczepienie drzewek jako guerilla gardening?

Czy wiecie, że w wielu miastach sadzi się drzewa owocowe, które… nie owocują? Ich walory dekoracyjne sprawiają, że są chętnie wybierane do zagospodarowania przestrzeni – ale owoce nikomu nie byłyby w smak (choć czy na pewno?). Najczęściej dotyczy to drzewek wiśniowych czy pomarańczowych. Partyzanci ogrodowi w przestrzeni miejskiej często trudnią się ich szczepieniem, co pozwala na przywrócenie im owoców. To praktyka stosowana w uprawie dość powszechnie, mająca na celu łączenie odmian gwarantujących smaczne plony z tymi, odpornymi na mróz i trudne warunki. Guerilla gardening wykorzystuje ją, by zrobić psikusa władzom, które nie chcą w przestrzeni miejskiej owocujących drzewek. A przy okazji – zagwarantować urozmaicenie jadłospisu tym najbardziej potrzebującym. Często do jednego drzewa odpowiednią techniką przytwierdza się kilkanaście gałązek. Z momentem gdy połączenie się ,,zagoi”, gałązka w zasadzie staje się częścią drzewa. A wtedy miasto niewiele może już zrobić.

Tak naprawdę, jedno drzewko może rodzić dziesiątki różnych rodzajów owoców. Trudno w to uwierzyć, prawda? Sprawdźcie, jak to możliwe – >

Prezentacja TEDx dotycząca drzewa, dającego 40 rodzajów owoców.

Wiem – wielu z was pewnie materializuje się w głowie obraz drzewa objuczonego mirabelkami, których nikt nie zbiera. W wielkich miastach szczepienie ma jednak, moim zdaniem, spory sens – może nie tyle w ujęciu praktycznym, ile w charakterze symbolu.

guerilla gardening jako czyn społeczny?

Trzeba zaznaczyć, że guerilla gardening nie jest w żadnym wypadku nową praktyką. Już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku w Stanach Zjednoczonych powstawały pierwsze tego rodzaju ogrody, z których wiele z biegiem lat stało się zielonymi przestrzeniami publicznymi. Szczepienie drzewek w mieście to z kolei ruch dość nowy – powstał w 2012 roku w San Francisco. Co będzie następne? Czy doczekamy się tak otwartego podejścia władz do zazieleniania przestrzeni miejskich, że partyzantka w ogóle nie będzie już potrzebna? Miejmy nadzieję, że właśnie tak się stanie. Nie muszą być to od razu rośliny jadalne, czemu przeciwnych jest nawet wielu samych partyzantów, wskazując na poziom zanieczyszczenia. Wystarczy przecież trochę krokusów czy rumianku, by miasto było przyjaźniejszą do życia przestrzenią.

Dodaj komentarz