Mostar Dreaming – spotkania z permakulturą #1

– Chcemy pokazywać ludziom inną Bośnię. Nie tę pamiętaną z wojennych migawek w telewizji, a optymistyczną, odradzającą się – usłyszę od jednego z przedstawicieli stowarzyszenia, w którego siedzibie przyjdzie nam zgłębiać tajniki permakultury. 

Różnice vs. różnorodność


Sanji, naszej przewodniczce po świecie permakultury, swoje wojenne doświadczenia zdarza się upychać wyłącznie we wtrąceniach. Gdy chwalimy komfort wysłużonych materaców, napomyka, że służyły im w czasach konfliktu. Na ogół po prostu macha ręką, pytana o międzynarodowe niesnaski, akcentując ich absurdalność. Vanja, największa gaduła w całym gronie, ma więcej do powiedzenia na ten temat. Po prostu głupi z nas ludzie – mówi, odpalając kolejnego papierosa do porannej neski – Wszyscy jesteśmy tacy sami, tyle że jeden modli się z księdzem, drugi z imamem, a trzeci z popem. Na siłę doszukujemy się różnic.


Na farmie, będącej siedzibą Nešto Više, w cenie są nie tyle różnice, ile raczej różnorodność. Sanja nie chce pełnić funkcji mentora – liczy na to, że odmienny bagaż doświadczeń pozwolą nam uczyć się od siebie nawzajem, Różnorodność to clou funkcjonowania systemu permakulturowego, który grupa przyjaciół z mniejszymi i większymi sukcesami implementuje na kupionej przed kilkoma laty ziemi. W tym samym czasie, gdy oni decydowali się na  jej zakup, ja dopiero zaczynałam orientować się, czym jest permakultura. Termin brzmiący jak wyjęty rodem z powieści science-fiction, w rzeczywistości oznacza (w telegraficznym skrócie) próbę powrotu do korzeni. Zrównoważone rolnictwo, w którego ramach nawet na niewielkim wycinku ziemi znajduje się miejsce dla naróżniejszych roślin. Dobrze dobrane pary kwitną – zupełnie jak w życiu. Permakultura jest, nomen omen, jego przedłużeniem, a nie zaprzeczeniem, którym wielu jej zwolenników określa rolnictwo na skalę przemysłową. Mi ciągnące się po horyzont pola do niedawna wydawały się czymś zupełnie naturalnym; budziły nawet ciepłe skojarzenia z domem. Morza kłosów przecinane jaskrawożółtymi plamami rzepaku to przecież kwintesencja rodzimego krajobrazu, obraz romantyczny, chciałoby się rzec wręcz – na wskroś polski.

Droga do permakultury


Dla zatrudnionych tu dwóch młodych Boszniaków permakultura również do niedawna była nowością. Jako świeżo upieczeni absolwenci studiów agronomicznych, byli ekspertami w dziedzinie rolnictwa na masową skalę. Po rozpoczęciu pracy na farmie w Potoci zmuszeni byli zweryfikować zdobywaną przez lata intensywnej nauki wiedzę. Czy to oznacza, że okazała się nieprzydatna? Oczywiście, że nie – baza, wiedza o roślinach, ich cyklach rozwojowych, pozostaje taka sama. Grupa planuje nawet wsparcie profesorów we wdrażaniu nowego uniwersyteckiego kursu, który pozwoli studentom zgłębiać tajniki permakultury. Nie zawsze jednak jest tak kolorowo – niektóre inicjatywy farmy w Potoci witane są z rezerwą lub zderzają się z przysłowiową ścianą państwowej biurokracji. Jak choćby minifarma fotowoltaiczna, która, dzięki gorącu Hercegowiny, produkuje znacznie więcej energii, niż jest w stanie skonsumować gospodarstwo. Bośniacki system energetyczny nie zezwala jednak na włączenie jej do obiegu, więc skazana jest na zmarnowanie.

Budzenie się z pianiem koguta z początku nie przebiega gładko – zwłaszcza że ma tendencje do przedwczesnego zrywania z łóżka mieszkańców farmy, zupełnie jakby mścił się za uczynienie z jego domu mobilnego użyźniacza gleby. Kurnik pełni tutaj funkcję traktora – to zresztą nie jedyny przykład przysłowiowego pieczenia na jednym ogniu. Podstawą tego typu zarządzania uprawą jest samowystarczalność. Wszystkie nieorganiczne elementy, które znajdą się na farmie, zostają tu i służą, dopóki nie ulegną totalnej destrukcji. Organiczne z kolei również włączane są w system i muszą działać na jego korzyść lub – przynajmniej – unikać wyrządzania szkód. Z tego względu za drzwiami zostają choćby wszystkie szampony, pasty i inne środki, będące niebiodegradowalnymi.

Kalifornia w sercu Bośni


Każdego dnia o siódmej zasiadamy przy zaimprowizowanym stole, by wspólnie przywracać się do życia rozwodnioną neską, Choć w mostarskich kafejkach króluje parzona w finżanie kawa po bośniacku (w Grecji zwana grecką, a w Turcji – turecką), w domu Sanja, Vanja i reszta, zupełnie jak pokolenie naszych rodziców, popija rozpuszczalną w kolorowych kubkach. Po trzydziestu minutach, które zazwyczaj przedłużają się do godziny, rozpierzchamy się po poszczególnych częściach kilkuhektarowej farmy, by zajmować się najróżniejszymi czynnościami – sadzeniem młodych drzewek, zbieraniem fig i mulczowaniem roślin.


Czasem zdarza się, że zostajemy dłużej, wsłuchując się w niekończący się – i naszpikowany bezcennymi informacjami – potok słów Vanji. Nie można jednak zbytnio odwlekać momentu przystąpienia do pracy, bo już przed południem przebywanie w słońcu jest praktycznie niemożliwe ze względu na temperaturę. Jesteśmy w końcu w jednym z najcieplejszych miast kontynentalnej Europy. Napotkana podczas spaceru kobieta, która po latach emigracji wróciła do kraju mówi nam – Hercegowina to nasza Kalifornia. Mostar jest w takim wypadku San Francisco. Jego słynny most, z którego skaczą do wody profesjonaliści z całego świata, pod względem efektowności mógłby konkurować z Golden Gate, choć rozmiarowo plasuje się o kilka oczek niżej. Między sąsiednimi wioskami rozlewają się winnice, a wokół domowych patio winorośle i kiwi pną się, dając upragniony cień. Otaczające dolinę góry są skaliste i niedostępne; krzyż umieszczony na szczycie jednej z nich po nadejściu zmroku zdaje się lewitować wysoko w powietrzu. Ten wciąż przetrwał – sarajewski, który stał się kością niezgody wśród mieszkańców miasta, pod osłoną nocy zniknął z wzgórz stolicy w 2014 roku.


W zasadzie, gdyby nie niezakamuflowane ślady kul i poraniona tkanka miasta, załatana naprędce plombami z betonu, trudno byłoby sobie wyobrazić, jak tragiczne wydarzenia rozgrywały się tutaj przed ćwierćwieczem. Pozostały po nich nieformalne strefy, które trudno wyszczególnić gołym okiem – choć, przyglądając się uważniej, można zorientować się, że istnieją, choćby po rozkładzie świątyń. Przejeżdżając przez nowocześniejszą część centrum, Muhamed wspomina, że jesteśmy w części chorwackiej. Granicę wyznacza rzeka Neretwa. Czy Boszniak nie znalazłby tutaj mieszkania? Owszem – ale nie koniecznie by go tutaj szukał.

No-do farming i teorie Fukuoki


Dla niewprawnego oka farma w Potoci to zbiór rozrzuconych bez ładu i składu sadów, grządek i pomieszczeń gospodarczych, skonstruowanych po części z upcyclingowanych odpadów zwanych eko cegłą (to po prostu butelki wypełnione po brzegi kartonem i plastikiem). W tym szaleństwie jest jednak metoda – i to całkiem solidnie opisana w specjalistycznej literaturze. Klasyk, który Sanja podsuwa mi jako wprawkę, nastawia mnie raczej sceptycznie, choć dobrze wiem, że dobrze zaaplikowana permakultura przynosi spektakularne efekty. Metodę jej autora – Japończyka Masanobu Fukuoki – określa się mianem ,,no-do farming”. Słowem, uprawy ziemi, niewymagającej żadnej ludzkiej ingerencji. To, oczywiście hiperbola – jednak nie tak spora, jak mogłoby się wydawać. Fukuoka utrzymuje, że obecność roślin, które większość rolników określiłaby mianem chaszczy i chwaszczorów, może działać na korzyść upraw, podobnie, jak inne decyzje, powszechnie uznawane za zaniedbania. Trudno powstrzymać się od sceptycyzmu w zetknięciu z tak radykalną tezą. Zdaje się, że każdy polski umysł, na czele z moim, odrzuciłby prawdziwość systemu no-do – w końcu, od dziecka uczymy się, że bez pracy nie ma kołaczy.

Porządek vs. Jumanji


Okazuje się jednak, że pozwalanie roślinom na (niemal) swobodne rozrastanie się w stylu Jumanji w istocie przynosi więcej pożytku niż ciągłe przycinanie, oczyszczanie i opryskiwanie upraw. A przy okazji – gwarantuje więcej czasu wolnego niż monokultura, która wymaga ciągłej kontroli zastępu roślin. Jest to bez wątpienia na rękę członkom Nešto Više, którzy farmę zdają się traktować bardziej jako środek niż cel sam w sobie. Szanując jej ekosystem i ucząc tego szacunku przyjezdnych, jednocześnie uczynili z niej laboratorium i miejsce spotkań. Sanja, owszem, dzieli się wiedzą praktyczną z każdym, kto jest nią zainteresowany, ale to właśnie proces, a nie efekt, jest tu na pierwszym miejscu. Ten pierwszy niekoniecznie powala – w Potoci dziennie zbieramy zaledwie jedną do trzech skrzyń warzyw i owoców, następnie dostarczanych do ,,abonentów”, którym zależy na całkowitym braku pestycydów i innych szkodliwych substancji w żywności. Właściciele wspominają o zamiarze zasadzenia większej ilości figowych drzewek, ale łatwo zauważyć, że najbardziej ożywiają się, snując kolejne plany spotkań i warsztatów. Na zjazdach, które organizuje, pojawiają się goście z Sarajewa, Tuzli, Banja Luki, jak i z krajów sąsiednich. Pasjonaci permakultury tworzą sieć opartą na wspólnej idei, wyłączonej z podziałów, które czynią z kraju ewenement na skalę światową – podzielony na trzy autonomiczne regiony, ponadto – rządzony przez trzech prezydentów.


Choć mogłoby się tak wydawać, to nie jest opowieść o tym, jak permakultura może zbawić świat – bynajmniej nie w kontekście rozwiązań, które mogą zaradzić kryzysowi klimatycznemu. Chodzi przede wszystkim o to, jak może zbawiać nas po drodze. Po pierwsze, za pośrednictwem ponownego – świadomego – włączenia w organiczny proces. Po drugie – uświadamiając nas, że różnorodność jest czymś naprawdę ważnym. Zaznając funkcjonowania w tym zamkniętym, samowystarczalnym obiegu, jesteśmy zmuszeni zastanowić się nad tym, jak każda najmniejsza decyzja może wpłynąć na ekosystem. Zmiany widać w końcu jak na dłoni – nie potrzeba symulacji i wykresów.

Pokonując zaledwie kilkaset metrów wiejskiej drogi łączącej farmę z resztą Potoci, na pierwszy rzut oka można zauważyć inne zmiany, które dokonały się tu pod wpływem wojny w latach 1991-1995. Większość domów, rozrzuconych u stóp mostarskich gór to szkielety lub ruiny zarastające kolczastą dziką jeżyną. Ich właściciele prawdopodobnie zostali w Niemczech lub Stanach Zjednoczonych. Stamtąd też wróciła Sanja, stawiając na rodzinną ziemię. Wielu jednak uważa, że wracać nie warto – bezrobocie sięga tutaj pięćdziesięciu procent. Gospodarstwa permakulturowe to również szansa dla młodych ludzi, którzy mimo wykształcenia nie mogą znaleźć pracy w rządzonym układami kraju. A dla starszych – możliwość pracy z traumą. Niektóre z bośniackich farm permakulturowych pomagają im odkryć leczniczą moc kontaktu z roślinami, wprowadzając hortiterapię w zakres swoich działań.

Dodaj komentarz